Kwiecień-lipiec 🇵🇱

Znowu od prawie czterech miesięcy nie było postu. Znowu mi głupio. Znowu nie było czasu, choć może raczej częściowo to brak inspiracji, której tak bardzo dostarczał mi Pakistan, bo mimo że już raczej przywykliśmy do Omanu, to raczej nigdy nie będzie mi w Omanie tak dobrze jak w Pakistanie… Spędziliśmy właśnie tydzień w górach w północnym Pakistanie, ale zanim przejdę do opisu wakacji, chyba muszę wypełnić trzymiesięczną lukę między ostatnim postem a podróżą do Pakistanu.

Najlepiej być w Omanie między październikiem a kwietniem kiedy to pogoda przypomina typową (!!!) europejską wiosnę/lato z temperaturą oscylującą w granicach dwudziestu kilku stopni, ranki i wieczory są chłodnawe a z kranów leci zarówno gorąca jak i zimna woda, w odróżnieniu od omańskiego lata, kiedy to zimnej wody po prostu nie ma. Omańczycy nazywają tę porę roku zimą i owa ‘zima’ to naprawdę fajny okres czasu na wizytę w Omanie. Następnie nadchodzi kwiecień i pojawia się gorący wiatr, który późnym wieczorem zaczyna hulać po oknach. Jest to nawet trochę magiczne – u nas w domu zawsze mamy światełka (typu choinkowe, taka nasza mini-tradycja z Pakistanu), które sprawiają, że miejsce staje się przytulniejsze, przy tym świszczący, hulający wiatr i człowiek czuje, że żyje. Niestety powoli wiatr też zaczyna przynosić coraz więcej kurzu i takie gorąco, że trzeba wszystkie okna pozamykać i włączyć klimę, co oznacza początek lata. Kiedy wyjechaliśmy z Omanu pod koniec lipca (nie na zawsze, tylko na wakacje) to od ponad trzech miesięcy temperatura utrzymywała się w granicach 40-50 stopni Celsjusza, co praktycznie oznacza, że dwadzieścia cztery godziny na dobę jest się w zamknięciu z włączoną klimatyzacją w domu, w pracy, w samochodzie. Na zakupy jeździ się po zmroku choć i tak często nawet wtedy nie odczuwa się ulgi od upału. Jedyny moment na dobę, który przyniósł nam trochę oddechu i przyjemnego powiewu był w czasie Ramadanu kiedy to nie spaliśmy do około 4 rano (modlitwa Fajr), a pod koniec nawet po, i spędzaliśmy czas na zewnątrz wpatrując się w gwiaździste niebo dopóki nie wstawało słońce i piekło zaczynało się na nowo. Po Ramadanie się to zmieniło, bo B. wyjechał do Maskatu na miesięczny kurs a ja sama mieszkałam w wielkim domu, bo w międzyczasie i zarazem tymczasowo przenieśliśmy się do domu przyjaciół podczas kiedy oni wyjechali na wakacje, a my szukaliśmy własnego domu. Bałam się wieczorem sama wychodzić z domu, tym bardziej, że w odróżnieniu od mieszkań wokół domów mieszkają różnego rodzaju stworzenia typu jaszczurki czy skorpiony, których się panicznie boję, a z B. to przynajmniej on je przegania.

Podobno jeszcze kilka lat temu wcale nie było aż tak gorąco, a poza tym latem regularnie padało i wszechobecny kurz opadał. W tym roku między kwietniem a majem padało może cztery razy i to tylko przez chwilę. Raz była porządna dwugodzinna burza, która wywołała niezłe zamieszanie i oczyściła powietrze na cały wieczór. Jak można w takich upałach nie zwariować? Nie jest to łatwe. Człowiek się czuje jak zwierzę trzymane w klatce. W klimie, którą włącza się i wyłącza, bo raz jest za zimno, a raz za duszno. Nie ma świeżego powietrze.  Nie ma zimnej wody w kranach. Nie ma zieleni. Nie ma apetytu na jedzenie. Nie ma niczego. Jak to przetrwać? Zachować spokój i marzyć o wakacjach w najzieleńszym kraju jakim jest Pakistan.

P.S. Nagrałam poniższe filmiki jakiś miesiąc temu. Uwielbiam patrzeć jak drzewa uginają się pod ciężarem daktyli.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s