Wycieczka Nizwa-Salalah: Lakbi-Shalim 🇵🇱

Znaleźliśmy się więc w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Było już dość późno, około 21, przejechaliśmy 700 km i nadal nie mieliśmy gdzie spać. Podobno była szansa na nocleg po kolejnych stu kilometrach, ale perspektywa jazdy po górach w ciemnicy nie za bardzo mnie pociągała i byłam raczej za tym, żeby skupić się na poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do rozbicia namiotu. Zawróciliśmy i nagle coś przykuło moją uwagę, coś mieniącego się zaledwie kilka metrów od nas. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że jest to morze i że w tym właśnie miejscu zaczyna się to, na co czekaliśmy cały dzień i powód dla którego wybraliśmy tę trasę, a nie autostradę bezpośrednio z Nizwy do Salalah.

Bardzo łatwo przyzwyczaić się do obecności morza mieszkając w miejscu takim jak San Sebastian, na przykład, i prawie codziennie chodząc do pracy plażą, choć może tak do końca nie było, bo tak naprawdę nigdy mnie morze nie przestało zachwycać i czarować. Z tego też powodu, odkrycie, że jesteśmy blisko wybrzeża tak mnie uszczęśliwiło, że od razu zachciało mi się biwakowania na plaży, choć nigdy wcześniej tego nie robiłam. Wylądowaliśmy więc na plaży, gdzie kręciło się jeszcze sporo osób i od jednej grupy grillujących dowiedzieliśmy się, że o noclegu możemy zapomnieć, ale za to możemy spać w jednej ze znajdujących się na plaży murowanych i przeznaczonych do użytku publicznego altanek, które są tutaj sprawą powszechną. Dostaliśmy też zaproszenie na grillowaną rybę, ale byliśmy już tak wykończeni, że zaproszenia nie przyjęliśmy i chcieliśmy po prostu znaleźć sobie miejsce do spania. Niestety okazało się, że wszystkie altanki były już zajęte, ale między nimi znajdował się inny pokryty dachem prosty budynek i to właśnie tam zaczęliśmy się rozkładać.

Wspaniale było słyszeć kojące fale, ale było dość duszno i powietrze przesycał bardzo nieprzyjemnie intensywny, rybi zapach. Znajdowaliśmy się w końcu w wiosce rybackiej i to jeszcze niedaleko portu. Nie mieliśmy jednak na to wpływu i właśnie zabieraliśmy się za organizowanie noclegu, kiedy to podjechały do nas dwa samochody, jeden z nich terenówka, w których siedziało około 6-7 wyglądających na starszych nastolatków chłopaków, wszyscy w diszdaszach i niedbale zawiązanych na głowach turbanach. Gdyby w Polsce albo w Anglii podjechały do mnie dwa drogie samochody ze szpanującymi nastolatkami to pewnie z miejsca dzwoniłabym na policję i muszę przyznać, że początkowo też się trochę wystraszyłam, ale zachowałam spokój. Bardzo łamaną angielszczyzną zapytali nas co się dzieje i większość zaczęła pomagać B. w rozkładaniu namiotu, a inni próbowali pogadać ze mną, ale ich znajomość około 10 słów po angielsku nie zaskutkowała jakąś szczególnie wyrafinowaną rozmową, choć bardzo się starali. Drużynie namiotowej trochę zeszło na jego rozbicie, ale w końcu się udało i chłopcy sobie pojechali. Myśleliśmy, że na tym znajomość nasza się zakończy, ale po jakimś czasie wrócili z informacją, że zadzwonili do kilku osób i znaleźli nam nocleg! Byliśmy pod wrażeniem, bo ich o to nie prosiliśmy, ale posłusznie za nimi pojechaliśmy pod dom, który znajdował się około czterech minut od plaży. Poczekaliśmy jeszcze chwilę na właściciela, który się w końcu pojawił i zaprowadził do swojego przybytku. Dom był niezamieszkany, choć wyglądało na to, zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz, że całkiem nowy. Był też, niestety, bardzo zaniedbany, brudny, no ale przynajmniej mieliśmy dach nad głową i bieżącą wodę – tak przynajmniej sądziliśmy. Po wynegocjowaniu ceny (25 riali = 230 zł) właściciel i chłopcy odjechali, a my musieliśmy wrócić na plażę zabrać kilka rzeczy, w tym namiot, który tam w pośpiechu zostawiliśmy. Przed odjazdem okazało się, że jednak nie ma bieżącej wody! Pewnie została wyłączona, bo przecież i tak nikt tam nie mieszkał. Na szczęcie mieliśmy ze sobą 40 litrów wody do mycia.

Pojechaliśmy na plażę zabrać rzeczy i jeszcze trochę posiedzieliśmy na betonowej ławce, owinięci w koc, bo zaczynało się robić zimno. Posłuchaliśmy przez chwilę szumu fal, ale dość szybko zaczęliśmy się zbierać, bo byliśmy wykończeni. Wróciliśmy do domu, w który było brudniej niż myślałam i mimo obecności około czterech łóżek z poduszkami i naprawdę drogimi kocami, postanowiliśmy jednak rozbić ten namiot i w nim spać, także w obawie przed robalami, bo choć żadnego tam nie wiedziałam, to w Omanie nigdy nie wiadomo. Ściągnęliśmy z dwóch pojedynczych łóżek materace i położyliśmy na nim rozbity namiot pośrodku jednego z pokoi. Przypomniało mi się, jak w dzieciństwie budowaliśmy w domu podobne konstrukcje z koców, poduszek do spania i poduszek z fotelów. Był to zatem jakby powrót do korzeni.

Obudziłam około 9 rano z bólem głowy. B. wstał wcześniej i wyniósł na dwór dwie dwudziestolitrowe butle z wodą, które ze sobą zabraliśmy, żeby się nieco nagrzały do mycia, bo nie tylko nie było bieżącej wody, ale też gazu. Według mnie i tak to nic nie dało i myliśmy się w zimnej wodzie, choć według B. była to woda letnia i orzeźwiająca. Dopiero rano okazało się, że morze znajduje się zaledwie kilka metrów od domu, więc na pewno jest to po prostu lokum wakacyjne aniżeli do regularnego zamieszkania, choć może się to zmieni jak je wykończą.

Do Salalah mieliśmy jeszcze około 430 km. Poprzedniego dnia przejechaliśmy 700 km, więc wyszło, że dojedziemy późnym popołudniem, więc umówiliśmy się z gospodarzami mieszkania AirBnB, które wcześnie zabukowaliśmy, na około 17.

Screen Shot 2017-12-22 at 09.27.09

Pierwszym przystankiem było oddalone o 130 km od Lakbi miasteczko Shalim, do którego mieliśmy jechać dnia poprzedniego. Dobrze, że jednak nie pojechaliśmy, bo trasa dłużyła się niemiłosiernie, no i na początku trzeba było pokonać stromą górę. Jechaliśmy przez około półtorej godziny, a pośrodku nicości natknęliśmy się i podwieźliśmy dwójkę pakistańskich robotników, którzy pracowali na stacji paliw niedaleko Shalim. W miasteczku zjedliśmy śniadanio-obiad i okazało się też, że wprawdzie jakiś pensjonat i jest, ale nie ma wolnych pokoi, więc nawet jeśli przyjechalibyśmy poprzedniego wieczoru i tak nie byłoby dla nas miejsca.

Screen Shot 2017-12-22 at 09.25.12

Ostatni etap podróży do Salalah był najbardziej malowniczy, więc zasługuje na osobny post.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s