Oman odc. 7: Trochę jak po grudzie 🇵🇱

Intensywny upał omański nieco zelżał i z przyjemnością witamy rześkie poranki i chłodniejsze wieczory. Mimo że w ciągu dnia jest nadal bardzo ciepło, to i tak nic w porównaniu z żarem, który lał się z nieba jak przyjechałam tutaj osiem tygodni temu. Trudno mi sobie wyobrazić, że we wszystkich miejscach, z którymi mnie coś łączy, ludzie już od jakiegoś czasu grubiej się ubierają i przygotowują do zimy, szczególnie w moim ukochanym Islamabadzie, podczas gdy nie sądzę, żebym w ogóle kiedyś musiała założyć tutaj płaszcz. O dziwo, po wielu tygodniach obłędnie czystego, błękitnego nieba, zaczęły się w końcu gromadzić jasnoszare chmury, więc może za jakieś dwa miesiące będzie padać, choć szczerze mówiąc, wątpię, żeby do tego doszło. Naprawdę tęskno mi do dramatycznego zimowego nieba rodem z San Sebastian czy Islamabadu, ale na szczęście zachowało się w moim telefonie mnóstwo zdjęć, które mi o nim przypominają.

Jestem tu już prawie od dwóch miesięcy, choć wydaje mi się, że znacznie dłużej, bo życie do tej pory było i jest bardzo intensywne, mimo że przecież mieszkamy praktycznie na pustyni. Zastanawiałam się ostatnio czy przyjęłam jakieś miejscowe zwyczaje, czy jest coś, co robię inaczej niż przed przyjazdem. Nikłe są raczej szanse na to, żeby weszło mi w krew wyluzowane podejście do wszystkich spraw i żółwie tempo życia, ale zaczęliśmy na przykład jeść większą niż zwykle ilość daktyli, które są tu wszechobecne, bo tutaj rosną. Na stole w praktycznie każdym większym biurze znajdują się daktyle i my też zaczęliśmy regularnie je kupować. Odmian jest mnóstwo i niektóre z nich są bardzo drogie, ale my wypatrzyliśmy sobie wersję o przystępnej cenie, tym bardziej, że po dwóch miesiącach pracy nadal nie ma co liczyć na pensję. Jak kilka tygodni temu organizowałam B. wizę, to często gościłam w biurze PR gdzie na ławie mieli mnóstwo zarówno świeżych jak i suszonych daktyli, a poza tym pastę daktylową i zapas daktyli w wielkiej torbie nieporadnie ukrytej pod ławą.

23960686_10155258268632523_807245467_o

Poza daktylami, zamiast zwykłej czarnej kawy zaczęliśmy też pić kawę arabikę ze zmielonym kardamonem, która moim zdaniem w niczym nie różni się od normalnej kawy, oprócz właśnie tego zapachu i smaku kardamonu.

Co jeszcze? W tym tygodniu odbywały się uroczystości święta narodowego i w związku z tym dwie omańskie uczennice poprosiły mnie o zaśpiewanie fragmentu omańskiego hymnu narodowego. Dwa popołudnia zajęło mi nauczenie się sześciu linijek hymnu, który tak nam utkwił w głowie, że cały czas go oboje z B. śpiewaliśmy w domu, po czym spotkałam się z dziewczynami ponownie i nagrały mnie, jak śpiewam. Niestety nie przyszło mi do głowy, żeby poprosić ich o przesłanie tego nagrania, ale może jeszcze się na nie natknę i wtedy to zrobię.

Dramat dotyczący opóźnionych pensji trwa. Już miesiąc na nie czekamy, ale bez żadnego rezultatu. Nikt też nam nic nie mówi, nikt nas nie przeprasza, ani nie dziękuje za to, że w ogóle przychodzimy do pracy. Najwyższe kierownictwo przychodzi nas za to obserwować, tak jakby wszystko było pięknie i cacy. Pierwszy raz w trzynastoletniej karierze mam do czynienia z takim zachowaniem i traktowaniem, ale nie siedzę cicho, tylko staram się działać. Piszę maile, dzwonię, chodzę do biur – jestem jak bumerang i nie jest się mnie tak łatwo pozbyć. Wprawdzie dają jakieś tam zaliczki (sic!!), ale to nie tylko o to chodzi. Chodzi o zaufanie jakim obdarza się pracodawcę, o ludzkie traktowanie, którego koncepcji tutaj po prostu nie ma. Jeśli ktoś z was był kiedyś w takiej sytuacji, zrozumie jak frustrująca jest praca bez pensji, tym bardziej, że nie mam umowy na wolontariat, tylko na normalnie płatną pracę.

Moim zdaniem jest to jednak tylko przykład bardziej przygnębiającego trendu, który jest coraz bardziej obecny w dzisiejszej zmieniającej się rzeczywistości, gdzie dane słowo, obietnica, odpowiedzialność i obowiązek już praktycznie nic nie znaczą. Mam wrażenie, że na ludziach i instytucjach coraz mniej można polegać i im ufać.  Chyba pamiętam jeszcze czasy, kiedy to obietnica to była rzecz święta, np. jeśli ktoś obiecał, że co zrobi, niekoniecznie jako przysługę, ale w ramach swoich obowiązków pracowniczych, to można było się spodziewać, że będzie zrobione – że ktoś oddzwoni, coś sprawdzi, rozwiąże problem. W relacjach międzyludzkich było chyba znacznie więcej człowieczeństwa i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, które teraz zanikają i powoli zastępuje je rozdmuchane ego, zachłanność i wasta, co po arabsku oznacza ‘znajomości’. Co więcej, choć dzieje się tak w każdym narodzie, kulturze i kraju, z którymi przyszło mi się zetknąć, to w różnych stopniu, a tutaj jest to zjawisko masowe! Może nie mam racji i tak było zawsze, ale jestem/byłam zbyt naiwna, albo głupia, żeby to zobaczyć, a może miałam szczęście i udało mi się tego uniknąć i dlatego mnie to teraz tak bardzo szokuje. Wiem jedynie, że oblicze ludzkości, którego się tyle ostatnio naoglądałam, tak bardzo mnie boli i przygnębia, a bezsilność tak niszczy, że chyba jestem na granicy załamania nerwowego, bo mimo że staram się walczyć z niesprawiedliwością, to i tak jestem traktowana jak czarna owca i nieustannie pouczana, żeby trzymać język za zębami i przymykać oko na korupcję obyczajów i uwłaczające godności zachowanie i traktowanie.

Z drugiej zaś strony, po napisaniu tego odczuwam wyrzuty sumienia, bo przecież znam kilka prawych, przyzwoitych i mądrych ludzi, których obecność w swoim życiu sobie bardzo cenię i choć może nie pozostajemy w stałym kontakcie, to uświadomienie sobie, jak rzadkim są w obecnych czasach zjawiskiem, sprawia, że czuję się szczęściarą, że ich znam i może powinnam bardziej pielęgnować te znajomości. Co mi pomaga to wszystko przetrwać? Na pewno na pierwszym miejscu jest B. – bezpieczne przystań i początkujący kolaż (coraz lepiej mu idzie!), ale też bardzo silna grupa wsparcia kolegów i koleżanek z pracy, przede wszystkim zaś polskiego zespołu! Trudno mi uwierzyć w to, co piszę, bo ogólnie nie jestem wielką fanką polonii na obczyźnie, a poza tym raczej obawiałam się reakcji innych Polaków na moją osobę, co w zasadzie mało się liczy, ale na pewno pomaga atmosferze w pracy, tym bardziej, jeśli na około trzydzieści osób, siedmiu z nich to Polacy. Jednak niepotrzebnie się martwiłam, bo mimo że każdy z nas ma bardzo różne historie i przeżycia, to trzymamy się razem i pomagamy sobie nawzajem. Poza tym, stwierdziłam, że Polacy za granicą to jednak ambitny i utalentowany twór. Mamy na przykład świetną metodyczkę, doktorantkę, muzyka (którego twórczość uwielbiam), zapalonego kolarza, jedną osobę mówiącą płynnie po hiszpańsku, inną uczącą się francuskiego. To naprawdę pocieszające po tym, jak w tym roku w Anglii byłam świadkiem mniej chlubnych zachowań rodaków za granicą.

Co dalej? Próbować odzyskać pensję, oczywiście. Poza tym, od 1 do 10 grudnia mamy wolne, które najprawdopodobniej spędzimy w drodze zwiedzając kawałek Omanu samochodem.

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s