Oman odc. 4 🇵🇱

Dwa dni po przyjeździe, w piątek o 8.30 rano, do pokoju hotelowego dzwoni telefon. „Halo? Chcę ci pokazać kilka mieszkań”. “Teraz? Chyba miałeś przyjechać jutro”, pytam z niedowierzaniem, ale cieszę się, bo wreszcie coś się dzieje. Dwadzieścia minut później jeszcze z mokrymi włosami lecę na dół i gość z działu mieszkaniowego Uniwersytetu wiezie mnie obejrzeć dwa mieszkania w prawie nowiutkim budynku.  To drugie bardzo mi się podoba, więc je biorę, a facet się bardzo cieszy, że nie kręcę nosem, choć przecież nie ma co kręcić, bo mieszkanie jest rewelacyjne! Mówi mi też, że wyprowadzka z hotelu w niedzielę rano przed pracą, a kończy się na tym, że dzwoni tego samego dnia wieczorem i mówi, że jednak muszę się wymeldować w sobotę, a nie w niedzielę i że on mnie zawiezie do nowego domu. Wszystko idzie zgodnie z planem i w niecałe trzy dni po przylocie już jestem u siebie. Jest dobrze, bardzo dobrze.

Ten sam człowiek wspaniałomyślnie podrzuca mnie też do sklepu komórkowego, gdzie nareszcie kupuję kartę sim, bo bez tutejszego numeru telefonu ani rusz. Następnie taksówką (nie wiedziałam, jak ją znaleźć, ale ktoś mi pomógł) jadę do wielkiego supermarketu, gdzie kupuję najbardziej podstawowe rzeczy (resztę dokupimy z B. jak już tu będzie), tj. kilka kubków, talerzy, sztućców, dwa garnki, kilka środków do sprzątania, itd. i ten sam taksówkarz zawozi mnie do domu i pomaga wnieść zakupy na drugie piętro nie zamykając nawet drzwi do samochodu na klucz, bo przecież jest bezpiecznie! Nie mam Internetu, tylko na komórce, ale i tak się cieszę, że wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Proponuję A. żeby pomieszkała ze mną, bo mam wolny pokój, a ona postanowiła sama sobie poszukać mieszkania i jeszcze nic nie znalazła. Jedziemy do centrum miasta, po którym mnie oprowadza i w ten oto sposób kończy się mój pierwszy weekend w Nizwie.

Dokładnie tydzień temu w niedzielę idę do pracy rozentuzjazmowana, bo mam nadzieję, że będę mogła zaaplikować o wizę dla B. Niestety, jak to bywa, zamiast wizy – kubeł zimnej wody. Po pierwsze, okazuje się, że B. nie dostanie wizy rodzinnej, bo jest facetem, a kobiety nie mogą przywieźć mężów na tej wizie, tylko faceci żony. Jedynie co, to dostanie wizę odwiedzającego, na trzy miesiące z możliwością przedłużenia na miesiąc, a więc co cztery miesiące będzie musiał opuścić kraj i znowu wracać. Krew mnie zalewa, jak to słyszę. Co więcej, dowiaduję się, że żeby zaaplikować o tę wizę dla niego, muszę najpierw wyrobić sobie kartę rezydenta, której otrzymanie poprzedza wizyta u lekarza i na policji i co samo w sobie może potrwać. Czarno to wszystko zaczynam widzieć, bo miałam nadzieję, że B. dołączy do mnie po tygodniu, a tu na to wcale się nie zanosi. Jestem załamana.

A. jednak wkracza do akcji i ratuje sytuację. Nie czekamy aż Uniwersytet zorganizuje nam wizytę u lekarza, tylko sama mnie tam zawozi (w poniedziałek). We wtorek już jadę na policję i dostaję kartę rezydenta, która w Omanie otwiera wiele drzwi. Tego samego dnia aplikuję o wizę dla B. „Będzie gotowa za 1-2 dni”, mówią mi. Jestem pełna nadziei, bo czy może coś teraz pójść źle? Okazuje się, że tak. W środę słyszę, że na akcie ślubu, który był potwierdzony i uwierzytelniony do granic możliwości przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Pakistanie, brakuje stempelka Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Omanie i choć próbuję im wytłumaczyć, że nie jest on potrzebny, utrzymują, że jest, ale jako że pracuję rano, a biuro jest tylko wtedy otwarte, proponują, że się tym zajmą. Co za ulga! Niestety, następnego dnia mówią mi, że ich Ministerstwo tego nie załatwi i muszę jechać do Ambasady Pakistanu w Maskacie. Znowu próbuję im wytłumaczyć, że nie jest to potrzebne (dzień wcześniej rozmawiałam z grupą pakistańskich profesorów na Uniwersytecie, którzy przyjęli mnie z otwartymi ramionami jak członka rodziny i wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że nasz akt ślubu nie wymaga dodatkowych stempli i w razie czego zaoferowali swoją pomoc), ale na próżno. Zaczynam bezwolnie płakać z bezsilności. Bez B. moje życie tutaj nie ma sensu i chcę wracać do domu, bo właśnie mija tydzień od wyjazdu z Islamabadu, a nadal nie mam dla niego wizy. Widząc moje łzy mówią, że sami pojadą do Maskatu i w niedzielę (czyli po weekendzie) wszystko będzie załatwione. I wiecie co? Załatwili! Naprawdę muszę przyznać, że mimo że trochę straciłam na całą sprawę nerwów, to naprawdę widać było, że cały ten czas starali mi się pomóc, do tego byli zawsze uśmiechnięci, częstowali mnie owocami i kawą. Dzisiaj (w niedzielę) potwierdzili, że wiza już czeka na B. na lotnisku, a jutro będziemy bukowali dla niego bilet. Mam nadzieję, że już będzie w tym tygodniu. In sha Allah.

Ludzie są w szoku, że tak szybko udało mi się to załatwić. Podobno załatwienie wizy odwiedzającego może nawet zabrać około dwóch miesięcy, ale przecież nie byłam przygotowana na to, żeby spędzić kolejne osiem tygodni bez B.  Jednak, nie sądzę, że samej udałoby mi się to tak szybko osiągnąć. Jestem pod wrażeniem życzliwości, którą wszyscy mnie obdarzyli i pomocy jakiej udzieli w ciągu ostatniego tygodnia. Jeszcze chyba nigdy w tak krótkim czasie nie poznałam tylu dobrych, pomocnych ludzi i to wielu narodowości. A. zawiozła mnie do lekarza i wysłuchiwała narzekań, bo nadal ze mną mieszka. J. pomogła załatwić Internet, ktoś kupił mi lunch, jak byłam w dołku, tak wiele osób pisało, że wszystko się ułoży, że w końcu w to uwierzyłam. Czuję się ogromną szczęściarą, że mam wokół siebie tyle życzliwych mi ludzi i tylko odliczam dni to przyjazdu mojego ukochanego B., bo tylko z nim wszystko tak naprawdę nabierze sensu.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s