W zawieszeniu 🇵🇱

Znowu tak się złożyło, że na dłuższą chwilę straciłam kontakt, choć nie ma się co dziwić, bo od ostatniego wpisu podróżuję między trzema krajami, a te spokojniejsze chwile przeznaczone były na odpoczynek. Z drugiej zaś strony, zaczęłam tekst ten pisać pierwszego dnia, kiedy po raz pierwszy od dawna nie miałam w domu Internetu (nadal nie mam), a więc już wiadomo co jest największym złodziejem wolnego czasu.

Mam wrażenie, że wieki temu wróciłam z Liverpoolu, a tu dopiero minął niespełna jeden miesiąc. Na pewno pamiętacie, że od końca czerwca do początku września znowu pracowałam przez 10 tygodni na Uniwersytecie w Liverpoolu. Jak zwykle było całkiem w porządku, choć miało wyglądać trochę inaczej… Pod ‘całkiem w porządku’ kryją się uczniowie i koledzy (albo raczej) koleżanki po fachu, czyli to co zwykle i tak najbardziej mi się w mojej pracy podoba. W mojej klasie byli sami Chińczycy i muszę przyznać, że fakt mojego życia w Pakistanie, którym się oczywiście z nimi podzieliłam pierwszego dnia, nie wywołał u nich żadnych negatywnych emocji czy dziwnych wyrazów twarzy, z czym spotkałam się dosyć często podczas tegorocznego pobytu w Anglii, bo w ogóle się z tym nie kryję, tym bardziej, że noszę teraz tylko kurty, więc już na pierwszy rzut oka widać, że mieszkam gdzieś w kraju muzułmańskim czy też azjatyckim. Ogólnie rzecz biorąc wiele znajomych osób, choć niekoniecznie wobec mnie krytycznych, (nadal) nie kryje sceptycyzmu i ‘wie swoje’ nawet jeśli staram się obalić mity na temat Pakistanu, do czego mam prawo, bo przecież tam mieszka(łam). Jednak moich uczniów wcale nie trzeba było przekonywać – Pak i Chiny to w sumie dwa bratanki, o czym dowiedziałam się właśnie od nich samych. Tak bardzo im się nawet spodobało to, że mieszkam w Pakistanie, że ostatniego dnia, kiedy to mieli sami zadecydować, co mieliśmy robić na zajęciach, przynieśli bollywoodzki dramat Bajrangi Bhaijann (Brat Bajrangi) opowiadający historię pakistańskiej dziewczynki, która zgubiła się w Indiach i po długich perypetiach wróciła do domu dzięki dwóm Hindusom, którym udało się odnaleźć gdzieś w kaszmirskich górach jej rodzinę. Wybór filmu bardzo mnie poruszył, choć byłam jedyną osoba, która…niczego nie rozumiała, bo napisy były po chińsku, a mój Urdu, przyznaję się bez bicia i do tego jeszcze z zażenowaniem, jest nadal bliski zera! Pomogła mi Wikipedia, no i oczywiście same zdjęcia i gra aktorska. Inaczej nie niczego bym nie zrozumiała! Film trwał ponad 2,5 godziny, podczas których 99% uczniów było przykutych do krzeseł (jedna osoba wyszła i już nie wróciła, ale tak było przez cały kurs), przegapili nawet przerwę, ani razu nikt nie wyszedł do toalety, a jakieś 10 minut przed zakończeniem, wszystkie dziewczyny (większość grupy) płakały rzewnymi łzami (siła Bollywoodu), choć chłopcy pozostali niewzruszeni.

Nie wspominam jednak tych dziesięciu tygodni zbyt dobrze, bo B. miał do mnie dołączyć na kilka tygodni, ale proces wizowy trwał tak długo, że po prostu przerwaliśmy go bez rozstrzygnięcia w obawie o to, że nie dostanie z powrotem swojego paszportu przed wyjazdem do Omanu, a także dlatego, że pod koniec sierpnia zaczęły się jego egzaminy magisterskie, więc najpierw się musiał uczyć, a potem zdawać, więc i tak musiałby wracać niebawem do Pakistanu. W ogóle brytyjski system wizowy, jak zresztą moim zdaniem większość systemów w UK, to jakiś niesmaczny żart, np. już po odebraniu paszportu biuro wizowe napisało do B., że nadal rozpatrują jego podanie, ewidentnie nie zdając sobie sprawy z tego, że nawet już nie mają jego paszportu! Co więcej, za wysłanie do nich maila, na którego potem nawet nie odpowiadają, trzeba zapłacić ponad 5 funtów! Naprawdę nie wiem jak ten kraj w ogóle funkcjonuje… Byłam tak zbulwersowana, że miałam ochotę napisać poważną skargę, ale w końcu chciałabym tylko wrócić do domu i zapomnieć, że w ogóle mnie przez 2,5 miesiąca nie było.

Miałam też w tym roku sporo problemów z mieszkaniem, które położyły się cieniem na moim pobycie, choć właściciel był bardzo pomocny i prawie od razu odpisywał na maile. Po pierwsze, przez pierwsze cztery tygodnie miałam problem z Internetem, tak jakby UK w ogóle nie było liderem branży telekomunikacyjnej. Nie wiem jak to się dzieje, że zawsze w UK mam poważne problemy z Internetem, w Pakistanie zaś nigdy. Jak już się z tym uporali, to dwa razy wysiadła pralka, na którą czekałam tydzień, co oprócz mnie nikogo z lokatorów pozostałych pięciu mieszkań chyba nie za bardzo obeszło, bo rzadko kto z niej korzystał. W końcu wymienili pralkę, naprawili ciepłą wodę i rozprawili się z imprezującym całymi nocami sąsiadem. Podobno nawet ‘dzięki’ mnie udało im się go pozbyć… Prawie zapomniałam o problemach z rowerem! W zeszłym roku przez prawie rok poruszałam się rowerem, najpierw po Londynie, a potem po Liverpoolu. Przed wyjazdem do Pakistanu sprzedałam swój rower koleżance z pracy, która pożyczyła mi go w tym roku. Niestety, moja radość nie trwała długo, po wszechobecne picie alkoholu i rozbijanie butelek spowodowało, że na drogach zalega taka ilość szkła, że dwa razy mi poszła opona, co bardzo skomplikowało moje życie i trochę zniechęciło do rowerów, bo zamiast przed siebie patrzyłam się już cały czas na drogę w obawie przed kolejną wpadką. Nagle zakaz sprzedaży i picia alkoholu w krajach muzułmańskich wydał mi się bardzo sensowny i nabrał innego wymiaru, też z powodu braku obrazków takich jak upijające się w parku winem Polki, czy zaczepiający ludzi przy sklepie pijani Polacy, czego też niestety byłam świadkiem w Liverpoolu.

Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że żałuję wyjazdu do UK. Udało mi się uporządkować wiele spraw, jak na przykład rozprawić się z rzeczami, które zostawiłam dwa lata temu w Hiszpanii, albo sześć (!!!) lat temu w Londynie (jeśli komuś przydałyby się słowniki polsko-angielskie, angielsko-polskie, techniczne, medyczne, itd. proszę o kontakt). Odwiedziłam w Devon starą znajomą, po raz pierwsze w jej małym białym domku. Spotkałam się z przyszłym promotorem doktoratu i przyjęli mnie na studia doktoranckie. Spotkałam się z uczniem, którego od roku uczę polskiego online. Nie udałoby mi się tego wszystkiego dokonać, gdyby nie mój wyjazd i żeby mieć spokojną głowę, musiałam wszystkie te rzeczy uporządkować.

Przy pierwszej jednak sposobności, bo dosłownie trzy godziny po zakończeniu kursu, byłam już w drodze na lotnisko i następnego dnia rano już w domku z B., z którym spędziliśmy 19 cudownych dni zanim wyleciałam do Omanu. Był to czas odpoczynku, wizyt w ukochanych miejscach, jak np. na moim ulubionym targu Itwar Bazaar, świetnej restauracji na chodniku  Naan-Stop czy naszej ulubionej restauracji Cheema & Chattha. Między egzaminami B. udało się też nam wyrwać w góry do miejscowości Nathia Gali jakieś 90 km na północ od Islamabadu, gdzie temperatura jest niższa o jakieś 20 stopni. Boże, jak ja uwielbiam te wszystkie miejsca i jak za nimi tęsknię! Odwiedziłam też uniwersytet w Islamabadzie, COMSATS, i naprawdę mile zaskoczyło mnie jego wyposażenie. Niektóre brytyjskie uczelnie, na których pracowałam, nie dorastają mu do pięt. Byłam też u dentysty, który bardzo w podejściu przypominał mi moją polską dentystkę, gdzie chodziłam przez prawie 20 lat. Dostałam jeszcze od męża kilka nowych ubrań i drobiazgów i z ciężkim sercem wyjechałam tydzień temu do Omanu z nadzieją, że B. wkrótce do mnie dołączy…

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s