Oman odc. 2 🇵🇱

Wyjechałam do Omanu w środę 27 września. Miałam lot o 8.50 rano, ale dom znajomych, u których mieszkaliśmy, znajdował się niedaleko lotniska, więc wyruszyliśmy jakoś przed siódmą. Okazało się to wielkim błędem, bo mimo że byłam pewna, że tak wcześnie rano lotnisko będzie puste (jak leciałam trzy miesiące wcześniej do Liverpoolu to prawie nie było nikogo, a przecież to było popołudniu), a okazało się, że było zupełnie na odwrót, do tego stopnia, że jeśli byśmy nie dali w łapę (mniej niż 50 zł), jednemu z pracowników lotniska, który mnie zaprowadził do samych drzwi, to pewnie bym nie zdążyła. Warto jednak podkreślić, że lotnisko w Islamabadzie wygląda inaczej, niż z czym się dotychczas spotkałam. Zazwyczaj pierwszym miejscem, do którego się należy udać to odprawa, a później kontrola, natomiast tam, najpierw jest kontrola CAŁEGO bagażu (i tu z osobą towarzyszącą trzeba się rozstać), później odprawa i kolejna kontrola. Wszystkie te kontrole są tak bardzo stresujące, a tego poranka były tam takie tłumy, że nie mogłam się nawet normalnie pożegnać z B., który mi gdzieś zniknął, a ja próbowałam nie stracić z oczu człowieka, który mi pomagał z walizkami. Jak tylko zdałam sobie sprawę z tego, że już nie zobaczę B., zaczęłam histerycznie płakać, co trwało dobrą godzinę, dopóki nie znalazłam się już w hali odlotów. Musiał to być niezły widok, ale jak jestem tak zrozpaczona, to wszystko mi jedno, czy ktoś się na mnie patrzy i co sobie myśli. W Islamabadzie i tak przyzwyczaiłam się już do tego, że każdy się na mnie patrzy, czy płaczę, czy się śmieję, czy nic nie robię.

Jak w końcu udało mi się dobrnąć do odprawy, usłyszałam, że mój bagaż przekracza 30 kg i czy chcę zapłacić. Byłam na te słowa przygotowana, więc odparłam, że tak, zapłacę i czy mogę kartą, na co odpowiedzieli, że niestety nie. Ja na to: „Mam tylko kartę i omańskie riale, nie mam rupii, bo wyjeżdżam z kraju, więc co po mi gotówka. Mogę zapłacić na miejscu”. Chyba z pięć osób debatowało na tym, co z tym fantem zrobić, a ja przez cały czas tonęłam we łzach i było mi dokładnie wszystko jedno. W końcu jednak przepuścili mnie bez opłaty! Trudno mi było w to uwierzyć, bo niecałe trzy tygodnie wcześniej w Manchesterze zapłaciłam 90 funtów za dodatkowe 9 kg, ale i tak nie poprawiło mi to humoru i łzy się nadal lały niemiłosiernie, aż mnie ktoś zapytał czy wszystko w porządku, na co odpowiedziałam, że właśnie wyjeżdżam i to bez męża. Usłyszałam, że to bardzo romantyczne i mąż jest wielkim szczęściarzem…

Trzygodzinny lot do Maskatu było raczej spokojny, ale choć latam w miarę regularnie, zaskoczyła mnie sprawnie działająca i zaawansowana technologia pokładowa z niesamowitym wyborem filmów, muzyki i kanałów radiowych. Załoga za to zadzierała trochę nosa. Po raz pierwszy zobaczyłam też już z pokładu samolotu, jak moje walizki wjeżdżają do samolotu, po tym jak załadowano dziesiątki worków z fasolką!

Pierwsze godziny w Omanie były najlepszymi chwilami, które do tej pory przeżyłam w tym kraju, ale to, co nastąpiło zaraz potem i trwa do tej chwili – najgorszym, co spotkało mnie podczas przeprowadzki do innego kraju w ogóle (choć w 2011 miałam też ciężkie początki w San Sebastian). Jak tylko wysiadłam z autobusu, który nas przywiózł na lotnisko z samolotu, czekał już na mnie gość z Uniwersytetu i od razu zaprowadził do okienka wizowego, skąd 5 minut później odeszłam z już wbitą wizą. Pięć minut później miałam już swój bagaż (w Islamabadzie czekałam 1.5 godziny!), a więc 20-25 minut po wylądowaniu już byliśmy w drodze do Nizwy. Nie mogłam uwierzyć w to, jak wszystko sprawnie poszło, tym bardziej, że jest to z reguły najtrudniejsza i najbardziej męcząca część podróży. Nie miałam nawet czasu połączyć się z lotniskowym Wi-Fi, a z jakiegoś powodu nie mogłam wysłać do B. SMS-a, że wszystko jest okay.

To, co mnie uderzyło w Omanie, to niesamowity upał. Przez jakieś dwa tygodnie przez wyjazdem sprawdzałam pogodę na stronie Eltiempo.es, która mnie nigdy nie zawiodła, a według prognoz, choć nie miało być więcej niż 24-260C, to na pewno było i nadal jest jakieś 12-150C więcej, a to podobno i tak wcale nie jest tak źle. Ciężko mi uporać się z tym upałem, bo niby wszędzie jest klimatyzacja, ale też sporo się ostatnio nachodziłam po kampusie, a nawet w samochodzie (bo na razie mnie wożą), zanim klima się na dobre załączy, człowiek czuje, że z gorąca zaraz padnie.

Droga z Maskatu do Nizwy jest bardzo prosta i towarzyszą jej rozciągające się wzdłuż nagie góry i pustynia, którą raz por raz przeplatają oazy.  Podczas drogi nie mogłam spuścić wzroku z otaczającego mnie krajobrazu, niekoniecznie z powodu jego piękna, ale dlatego, że był tak nowy i inny. Nie przestawałam zadawać sobie pytania jak ludzie żyją w tak trudnym klimacie na tak surowej ziemi i przypominałam sobie zielone wzgórza Islamabadu i Nathia Gali, skąd dwa dni wcześniej wróciliśmy. Denerwowałam się, że nie mogłam skontaktować się z B., ale na szczęście zdzwonił do mnie na komórkę i chwilę pogadaliśmy. Pracownik Uniwersytetu, który mnie odebrał z lotniska wszystko mi swoją łamaną angielszczyzną opisywał i sam z siebie każdą uwagę opatrywał informacją na temat jak daleko coś się znajduje i ile kosztuje.

Ruch nie był zbyt duży, więc w mniej niż godzinę dojechaliśmy do hotelu, w którym Uniwersytet zorganizował dla mnie trzydniowy pobyt. Poszłam do pokoju i połączyłam się z Wi-Fi, ale z jakiegoś powodu nie mogłam zadzwonić do B. Nic nie działało: ani Skype, ani Messenger, ani WhatsApp. Mogliśmy pisać, ale nie mogliśmy się ani zobaczyć, ani usłyszeć. Już wtedy miałam złe przeczucia, ale byłam tak zmęczona, że praktycznie spałam cały dzień. Następnego dnia to samo i dopiero wtedy zaczęłam odkrywać, że wszystko tu jest poblokowane i że bez VPN-a ani rusz. Udało mi się go ściągnąć, a nawet za niego zapłaciłam, ale mimo to i tak przestał działać po kilku dniach. Co jak co, ale nie sądziłam, że w tak bogatym kraju komunikacja z domem będzie tak ogromnym problem. Zawsze z B. dzwonimy do siebie, zawsze, szczególnie jak nie jesteśmy dłużej razem, a tu od tygodnia rozmawiamy przez 5 minut dziennie, bo więcej na razie nie udaje nam się zorganizować. Do tego nie mam jeszcze w domu Internetu i w zupełności polegam na 3G, więc naprawdę jest na razie trudno. Na szczęście, możemy do siebie bez problemu pisać i to na razie, dopóki nie przyjedzie, musi wystarczyć. Problem też w tym, że przecież mam sporo pracy online i nie zamierzam ze swoich uczniów zrezygnować, więc muszę znaleźć na to jakiś sposób…Szkoda, że choć przecież przed przyjazdem z kilkoma osobami rozmawiałam na temat mieszkania w Omanie, nikt mnie o tym nie uprzedził.  Dla mnie fakt, że wiza B. się przeciąga, a ja nie mam nawet z nim normalnego kontaktu, to jest tragedia, która spędza mi sen z powiek.

Cdn.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s