Jak się zostaje muzułmanką w czasach szalejącej islamofobii – wprowadzenie. 🇵🇱

Odpowiedź na pytanie zadane w tytule jest prosta – podążając za głosem serca i bynajmniej nie mam tu na myśli mojego związku z B. – wcale nie. Głęboko w sercu wiedziałam o tym, że chciałam przyjąć islam przynajmniej na miesiąc zanim w ogóle dowiedziałam się istnieniu mojego przyszłego męża. Złożyło się na to wiele rzeczy w traumatycznym okresie od listopada 2015 do kwietnia 2016, a gdyby tak jeszcze drążyć dalej, to decyzja ta miała swoje początki co najmniej dwa lata wcześniej.

Mieszkałam wtedy w San Sebastian, uroczym baskijskim mieście w północnej Hiszpanii, położonym około 40 kilometrów od granicy z Francją, gdzie spędziłam 4 lata po przeprowadzce z południowego Londynu (także po 4 latach) i skąd wyjechałam w 2015 roku znowu do Londynu na wymarzone studia. Życie w San Sebastian jest bardzo wygodne i spokojne. Morze, niekończące się spacery po plaży, także w drodze to pracy, wycieczki po górach, dobre kino, udział w Międzynarodowym Festiwalu Filmowym (podczas którego w 2012 roku zapragnęłam studiować film – marzenie, które ziściło się 3-4 lata później) – to była moja codzienność, oczywiście oprócz pracy i nieustannego dokształcania się w różnych kierunkach. Ogólnie rzecz biorąc, moje życie było dość sielankowe i gdybym chciała, to mogłabym tam zostać może i na zawsze. Przecież w obecnych czasach, komfortowe życie to szczyt ambicji i dlaczego właśnie tak miałoby nie być, prawda? Mamy dostęp do wszystkiego czego dusza zapragnie, przynamniej na Zachodzie, więc dlaczego nie czerpać z tego garściami? Zauważyłam jednak, że tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego korzystania ze wszystkich dostępnych produktów i usług, że czasami, bardziej lub mniej świadomie, przekraczamy tę cienką linię i zaczynamy wykorzystywać…innych ludzi do naszych celów, przez co różnego rodzaju związki międzyludzkie zaczynają się spłycać, stają się powierzchowne i pozbawione głębi, skoncentrowane są często bardziej zabawie i łechtaniu swojego ego. W wyniku tego hedonistycznego podejścia zmieniamy się w oportunistów, którzy traktują ludzi jak przedmioty, które można przecież tak łatwo wymienić. Nie zrozumcie mnie źle – w Donosti (baskijska nazwa San Sebastian) poznałam wiele wspaniałych ludzi, o których nadal bardzo często i ciepło myślę. Moje obserwacje nie miały może tak wiele wspólnego z samym miejscem – pewnie doszłabym do takich samych wniosków w jakimkolwiek europejskim kraju – ale akurat w tamtym momencie, kiedy to sytuacja w Europie w postaci pierwszych anty-imigracyjnych głosów i na świecie, np. wojna w Syrii, zaczęła wymykać się spod kontroli, nastrój u nas był taki, jakby to nas wcale nie dotyczyło, jakby w tym naszym konsumenckim społeczeństwie nie było miejsca (bo pewnie i nie ma) na brzydką wojnę, brzydkich uchodźców i ich brzydkie wojenne dzieci, jakby jedyne wartości, które wyznawaliśmy to były te, które akurat wpasowywały się nasz dogadzający sobie tryb życie, a ten niewygodne – ignorowaliśmy. Miałam wrażenie, które trwa do tej pory, że żyjemy w czasach ogromnego postępu, ale jako istoty ludzkie – zaczęliśmy się uwsteczniać. W tej sytuacji moje spokojne sielankowe życie przestało mi wystarczać, a nawet zaczęło doskwierać, zaczęło mi czegoś brakować i było mi coraz bardziej źle z tej mojej ślicznej bańce.

Kiedy byłam nastolatką, byłam bardzo głęboko religijna. Jak się modliłam, rozmyślałam na każdym zdaniem, żeby uniknąć bezmyślnego powtarzania formułek i wypowiadać wszystkie słowa ze zrozumieniem i przekonaniem. Nie tylko chodziłam do kościoła w każdą niedzielę, ale przez dwa lata pod rząd nie opuściłam żadnej codziennej mszy. Robiłam wszystko co w mojej mocy, że obchodzić duże święta, typu Boże Narodzenie, a szczególnie Wielkanoc, tak jak się należy, tzn. jako rocznice objawienia przez Boga swojej miłości do ludzi. Czytałam książki religijne, jeździłam na rekolekcje. Po szkole średniej chciałam nawet iść do zakonu! W końcu z wielu powodów straciłam tę wiarę i entuzjazm religijny; stałam się częścią systemu pozbawionego religii i w dużej mierze także wartości i zasad moralnych (do których niekoniecznie oczywiście potrzebna jest religia, ale myślę, że pomaga, a poza tym piszę tu o swoich doświadczeniach).

Zaczęłam odczuwać, że płytkość życia miała jakiś związek właśnie z tym, że zaczęliśmy tracić wiarę. W Wigilię Bożego Narodzenia w 2014, które spędzałam sama w Donosti, poszłam do katedry Buen Pastor (dosł. Dobry Pasterz) na Pasterkę i zastałam tam garstkę ludzi, w większości latynoskich imigrantów. Zrobiło mi się jakoś dziwnie. Świat chrześcijański, przymykający oczy na niechciane ofiary wojny i przejawiający postawy antyimigracyjne, obchodził narodziny Jezusa, samego Syna Bożego, wśród zwierząt w stajence, bo Maryja i Józef sami byli przez wszystkich tamtej nocy odrzuceni. Rzeczywiście, bardzo chrześcijańska postawa, która trwa do po dzień dzisiejszy, np. w Polsce i to w znacznie gorszej odsłonie!

Dokładnie rok później jestem w Londynie na wymarzonych studiach. Dzień Bożego Narodzenia spędzam pomagając w centrum pomocy w centralnym Londynie, gdzie spotykam zarówno chrześcijan, którzy nie chcą być w Święta sami, jaki muzułmanów, w tym uchodźców (jak ktoś nie czytał mojego pierwszego bloga, to zapraszam do tego postu tutaj, z tym, że jest tylko po angielsku), których dzieci chciały mieć namiastkę Świąt, tak jak ich chrześcijańscy rówieśnicy. To nie moja pierwsza rozmowa z muzułmanami. Wcześniej pracowałam ze świetnymi muzułmańskimi nauczycielami, ale to mój pierwszy z nimi kontakt od kiedy zaczęła mi się zmieniać perspektywa. W tym czasie pracowałam dorywczo przez 2.5 miesiąca (okres świąteczny w Wielkiej Brytanii) w Boots – największej brytyjskiej sieci perfumeryjno-apteczno-drogeryjnej, w ich najbardziej okazałym sklepie w Europie na Oxford Street. Bardzo przepraszam regularnych czytelników za kolejne przywołanie tego krótkiego, ale dramatycznego epizodu, ale jak spoglądam wstecz to chyba było to też jedno z najbardziej pouczających doświadczeń. To co zobaczyłam i czego doświadczyłam w okresie okołoświątecznym w Boots było to najmniej miłosierne oblicze świata chrześcijańskiego (którego byłam częścią i wstyd mi był z tego powodu, że przyczyniałam się do tego swoją pracą), który przygotowywał się do narodzin Jezusa, ale jednocześnie pogrążał w szaleńczym i bezmyślnym konsumpcjonizmie i demonstrował przy tym rosnący brak szacunku dla innych ludzi i wartości, czego osobiście doświadczyłam poprzez złe traktowanie, którym często ‘obdarzali’ mnie (i innych pracowników) zarówno klienci sklepu jak nie mogli znaleźć tego jedynego, wymarzonego prezentu, jak i kierownicy, którzy mieli obsesję na punkcie bicia rekordów sprzedaży świątecznej. Obłęd! Czemu nie dziwił mnie fakt, że kilka ulic dalej, w niewielkim, ślicznym kościółku Św. Jakuba, dokąd uciekałam, żeby złapać oddech, liczba osób uczęszczających na nabożeństwa świąteczne była znikoma w porównaniu z liczbą osób uczęszczających do okolicznych sklepy na Oxford Street. Czułam się w tym wszystkim strasznie zagubiona. Myślę, że to właśnie ten Kryzys i Dekadencja, w których Europa się pogrążała i co widziałam na własne oczy sprawił, że stałam się bardziej otwarta na inne kultury i inny świat. Oczywiście, Europa to nie tylko K&D i na pewno jest wielu muzułmanów, którym odbiła palma na punkcie gromadzenia dóbr materialnych – wyjaśniam po prostu mój moje ówczesne odczucia, które w końcu doprowadziły mnie to podjęcia takich, a nie innych decyzji i w wyniku których przeniosłam się do Azji.

Jak już dosłownie wydostałam się z Londynu i przeniosłam do Liverpoolu, gdzie rozpoczęłam pracę na uniwersytecie, który był i nadal jest dla mnie taką bezpieczną przystanią, chyba już byłam gotowa zacząć prawie od nowa i otwarta na nowe doświadczenia. Oczywiście daleko mi było do tego, żeby nawet podejrzewać co to  będzie i  kiedy stanęłam przed grupą muzułmanów, prawie wszystkich mężczyzn, ogarnęło mnie przerażenie, bo byłam przekonana (tak jak większość ludzi), że z racji tego, że jestem kobietą i do tego ich nauczycielką, na pewno spotkam się z całkowitym brakiem szacunku. Nie muszę już chyba mówić, że nie tylko mnie to nie spotkało, ale wręcz przeciwnie – mało kto traktuje teraz kobiety i do tego nauczycielki z takim szacunkiem i serdecznością, jak potraktowali mnie moi muzułmańscy uczniowie (zarówno kobiety i mężczyźni).

Zainspirowało mnie to do tego, żeby dowiedzieć się więcej o islamie, bo tak naprawdę nadal miałam niewielką wiedzę od strony merytorycznej, tak jak większość z nas. Niedawno jeden z moich byłych uczniów (Polak, mieszkający obecnie w Japonii) zdradził mi ostatnio, że jego zdaniem powinno się uczyć w szkole religioznawstwa,  zamiast religii. Uważam, że to wspaniały pomysł – edukacja jest najlepszym narzędziem do zwalczania nienawiści, przesądów i nierówności. Od moich muzułmańskich uczniów chciałam dowiedzieć się o co chodzi z tym islamem i czy to, czym bombardują nas media to prawda, choć już ich ogólna postawa w stosunku do mnie i samych siebie, jak pisałam wcześniej, już mówiła sama za siebie. W ciągu ponad dwóch miesięcy dowiedziałam się, że tak naprawdę chrześcijaństwo i islam znacznie więcej łączy, niż dzieli: mamy tych samych proroków, te same wydarzenia biblijne (czasami z różnicami w detalach), wyznajemy praktycznie takie same, lub bardzo zbliżone wartości. Obie religie czczą Jezusa, ale główna różnica polega na tym, że w chrześcijaństwie jest on uważany za Syna Bożego, oczekiwanego Proroka, przepowiedzianego w Starym Testamencie, a w islamie Jezus (Isa) jest wprawdzie uważany za jednego z największym Proroków, Mesjasza zrodzonego z dziewicy Maryi, ale nie Syna Bożego i nie uważa się, że został ukrzyżowany, ale za to rzeczywiście – że Wniebowzięty. Religia jest nierozerwalną częścią życia muzułmanina (o szczegółach w następnych postach), co mi się bardzo podobało, np. kiedy moi uczniowie, dorosłe osoby, otwarcie i odważnie mówili o swojej wierze, pomyślałam sobie: ciekawe ile dorosłych chrześcijan miałoby tyle odwagi, żeby się do tego przyznać? W chrześcijaństwie chyba kiedyś było podobnie, a teraz religia jest jedynie najwyżej dodatkiem do życia (zastrzegam, że nie mówię o ‘religijności’ w stylu PiS-owskim, lub Radio Maryja). W tamtym momencie, prawie rok temu, już nie wyrabiałam –  potrzebowałam Boga z powrotem w życiu, potrzebowałam wartości, na cały etat,  nie jako dodatek. Poza tym, podobało mi się to, że w islamie ani Prorokom, ani Bogu nie nadaje się oblicza, tzn. nie istnieją obrazy, malowidła, rzeźby, itd. ich przedstawiające. Nie ma też spowiedzi takiej jak w religii katolickiej. Poza tym, jest tylko Jeden Bóg, w jednej osobie, zamiast Trójcy Świętej, która mimo, że jest więc uważana za centralną prawdę wiary teologii chrześcijańskiej, dla wielu katolików nie jest do końca jasna, co wiem z osobistych rozmów z ludźmi i też własnych doświadczeń religijnych.

Wszystko to działo się tuż przez rozpoczęciem Ramadanu, miesiąca całkowitego postu od świtu do zmierzchu, czasu duchowej refleksji, wyciszenia, samodoskonalenia i zwiększonej pobożności. Z czymś podobnym zawsze kojarzył mi się okres Wielkiego Postu, podczas którego przez 40 dni mieliśmy się przygotować do Rezurekcji poprzez modlitwę, pokutę, żal za grzechy, jałmużnę, wyciszenie (zabawy przecież były w tym czasie zabronione). Poza tym, w Środę Popielcową, Wielki Piątek i chyba częściowo Wigilię Bożego Narodzenia też obowiązywał post, a w piątki przez cały rok nie jadło się mięsa. Chyba z pewnym smutkiem stwierdziłam, że większość tych tradycji już nie istnieje, co jak dla mnie bezpośrednio związane jest z pogorszeniem się lub zanikiem systemu wartości. Zazdrościłam moim muzułmańskim uczniom, którzy zaczynali właśnie Ramadan, a na samym początku lipca pojechałam nawet do Manchesteru na festiwal Eid kończący ten postny miesiąc.

Jedna z takich rozmów z moim uczniami, które miały miejsce w okresie od kwietnia do maja ubiegłego roku, szczególnie utknęła mi w pamięci, bo pamiętam jak sobie pomyślałam, że chciałabym być muzułmanką. Myśl ta mnie zaskoczyła, nawet trochę przestraszyła i tak naprawdę nie sądziłam, że to nastąpi.  Dopiero przecież około miesiąca później postanowiłam w ogóle zacząć uczyć się Urdu i poznałam swojego przyszłego męża i gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za kolejne 3.5 miesiąca będę w drodze do Pakistanu, zaśmiałabym mu się w twarz. Nawet jak już tam leciałam, wiedząc głęboko w sercu, że chciałam przyjąć islam, i tak nie było to wcale przesądzone, wręcz przeciwnie. Kobieta nie-muzułmanka może wyjść za muzułmanina i przejście na jego wiarę nie jest obowiązkiem (jeśli sytuacja jest odwrotna, to wtedy tak), więc nie było tej presji. Poza tym, miałam trochę problem z tym, jak pogodzić to wszystko z moim dotychczasowych wychowaniem religijnym, bo choć nie byłam już praktykującą katoliczką, to przecież było ono częścią mnie. Zanim tak naprawdę się zdecydowałam, spędziłam kilka miesięcy na intensywnym czytaniu, oglądaniu prelekcji, szczególnie na TED-dzie, o islamie i religii w ogóle i nie tylko wygłaszanych przez muzułmańskich, ale też zachodnich naukowców (większość z tych prelekcji ma polskie napisy, więc zapraszam). Zadawałam i nadal zadaję B. pytania, często te niewygodne. Znalazłam w końcu sposób na pogodzenie mojej katolickiej przeszłości z islamską przyszłością i poczułam się na tyle gotowa, aby przyjąć nową religię. Żeby było jasne – była to moja decyzja i nikt nie wywierał na mnie presji.

Moja droga jako muzułmanka dopiero się zaczęła i muszę się jeszcze tak dużo nauczyć, że czasami myślę, że nigdy tego nie ogarnę, ale z drugiej strony fascynuje mnie to, bo mam wrażenie, że cały czas poszerzam swoje horyzonty. W następnych postach najpierw podzielę się tym, czego dowiedziałam się o islamie przed jego przyjęciem, a później opowiem o tym, jak wygląda codziennie życie muzułmanina, choć kolejny post będzie chyba o Pakistanie jako kraju kontrastów.

P. S. 1: Na TED-dzie jest świetna prelekcja, w której kobieta-rabin zachęca ludzi do zainwestowania w swoją własną religię, tzn. nie w judaizm, ale naszą własną religię – tę, którą wyznajemy, lub wyznawaliśmy. Kobieta jest fantastyczna! Niestety, filmiku nie ma jeszcze po polsku, choć już przetłumaczyłam napisy, ale tkwią w kolejce do sprawdzenia. Wstęp prelekcji jest taki: W chwili obecnej, kiedy to świat wymyka się nam spod kontroli, wydawać by się mogło, że religia jest nieistotna, albo nawet stanowi część problemu. Jednak rabin Sharon Brous wierzy w to, że religię można przeorganizować tak, aby sprostała ona wymaganiom naszych czasów. W swojej prelekcji Sharon Brous z pasją dzieli się z nami czterema filarami odnowionego życia duchowego i proponuje model wiary, który stanowi pełną nadziei alternatywę dla odrętwiałej, pełnej przemocy, ekstremizmu i pesymizmu rzeczywistości.

P.S. 2: Niedawno jechaliśmy gdzieś samochodem i przypadkiem zobaczyłam dwa (choć jest więcej) okazałe kościoły chrześcijańskie w Islamabadzie. Wbrew obiegowej opinii, chrześcijanie wcale nie są prześladowani, przynajmniej w Pakistanie, za swoja wiarę. Nawet w biurze B. pracuje chyba trzech na 12 osób, a jego szefowa i cała jej rodzina to też chrześcijanie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s