Slow Life – uważnie przez życie 🇵🇱

Za każdym razem, jak spotykam się z miejscowymi, padają te same pytania: Jak ci się podoba w Pakistanie? Czy ty naprawdę zamierzasz tu zostać?? Rozumiem to, bo jakieś półtora roku temu kiedy się doszkalałam, żeby zostać nauczycielem dyplomowanym, sama zadałam te same pytania jednemu z moich trenerów, który na stałe i już od siedmiu lat mieszka w Polsce i nazywa ją swoim domem. Rozumiem uczucie niedowierzania po odkryciu, że ktoś, kto tak naprawdę mógłby mieszkać wszędzie i na pewno w bardziej “atrakcyjnych” miejscach, wybiera Polskę, albo co gorsze – Pakistan!

“Za co tak cię Bóg pokarał, że jedziesz do Pakistanu?” – to pierwsza, natychmiastowa reakcja jednej z moich koleżanek, nauczycielki na uniwersytecie, kiedy to latem tego roku oznajmiłam jej, że wyjeżdżam do Pakistanu. “Jak możesz zamienić swoją wolność i niezależność na niewolnictwo??” – tak brzmiały dokładne słowa członkini mojej najbliższej rodziny, która nadal się do mnie nie odzywa. No cóż, kto by pomyślał? Jestem już w Pakistanie od ponad trzech miesięcy i nadal żyję i wiedzie mi się nawet lepiej, niż dobrze. Jedyne czego doświadczyłam i doświadczam to  miłość, dobro i życzliwość, nie tylko ze strony mojego męża B., ale i tych wszystkim, których do tej pory udało mi się poznać, w szczególności przyjaciół i kolegów z pracy B. Nie mogłabym sobie wymarzyć bardziej spokojnego i szczęśliwego życia, niż te, które prowadzę teraz. Wszystko to – miłość, spokój i harmonia sprawiają, że czuję się, jakby prawie codziennie były Święta i tego właśnie chciałabym Wam wszystkim życzyć z okazji Bożego Narodzenia. 

Slow Life

Moje obecne życie to na pewno slow life, w dosłownym tłumaczeniu “powolne życie”, ale oczywiście nie mam na myśli nudy, tylko równowagę i cieszenie się każdą chwilą. Koncepcja “slow life” to poszerzenie “slow food”, jako przeciwieństwo “fast food”. W ciągu dwunastu lat mojego dotychczasowego życia zawodowego udało mi się zdobyć świetne kwalifikacje i ogrom bezcennych doświadczeń, ale wszystko to doprowadziło mnie do wypalenia i wielu przeróżnych załamań. Naprawdę, nie szczędziłam sobie sama przez ten cały czas batów. Wszystko to oczywiście było wynikiem moich własnych wyborów, żeby nie było, że mnie ktoś zmuszał, ale nareszcie przyszedł czas na odpoczynek i  zmianę sposobu myślenia. Rzecz jasna, już mam sporo planów i zawodowych i akademickich na nowy rok, ale mam też nadzieję, że z innym podejściem, że się uczę, jak się przestać biczować i karać. Wiadomo, łatwiej jest to powiedzieć, trudniej zrobić i ci, którzy dobrze mnie znają, zaświadczą, że jestem chora, jak nie robię trzech pełnoetatowych rzeczy jednocześnie. Nadal tak trochę jest – mimo, że daję lekcje angielskiego i polskiego, i jestem tłumaczem napisów na Amara.org, jeśli w niektóre tygodnie lub nawet dni mam mniej pracy, to trochę wariuję. Na szczęście podejście do życia B. jest dużo bardziej wyluzowane od mojego i bardzo mi to pomaga. Nauczyłam się nawet spać głębokim, porządnym snem dłużej niż 6 godzin an dobę, pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Mam czas na regularne rozmowy na Skypie, z siostrą i nawet powoli innymi osobami z rodziny, z którymi straciłam jakoś przez lata kontakt (oczywiście tymi, którzy się mnie nie wyrzekli z powodu mojego wyjazdu tutaj). Regularnie też biegamy i chodzimy w góry, a także pracuję jako wolontariusz tłumacząc  TED Talks . No i mam też czas na prawdziwe gotowanie, które zawsze uwielbiałam, bo zdecydowanie wolę jeść w domu, niż w restauracjach. Nasze jedzenie jest świeże, proste, domowe i ciągle uczę się nowych rzeczy.  

Slow Food

Jeśli mowa o jedzeniu, zawsze się mnie też pytają, czy lubię i gotuję pakistańskie dania. Szczerze mówiąc, to właśnie B. zawsze przygotowywał kolację, moja działka to śniadania i coś na obiad do pracy. Czasami też robiłam kolację, ale raczej coś niepakistańskiego, np. moje danie pokazowe, których mam kilka. B. gotuje świetnie i zdecydowanie wolę jego gotowanie, niż moje, a nawet jedzenie na mieście. Jednak ostatnio zaczął dawać dodatkowe prywatne lekcje i ma zajęcia prawie codziennie po pracy w czasie, w którym normalnie gotował kolację, więc nauczyłam się trochę gotować w stylu powiedzmy pakistańskim. Podstawa wszystkiego, co gotuję, jest praktycznie taka sama: podsmażam cebulę, dodaję pastę czosnkowo-imbirową (świeży imbir), którą przygotowuję w moździerzu kuchennym. Dodaję przyprawy: sól, pieprz, kurkumę, paprykę ostrą i garam masala – mieszankę zmielonych przypraw słodkich, takich jak kmin rzymski, kolendra, pieprz czarny, kardamon, goździki, liść laurowy, cynamon, pieprz cayenne, gałka muszkatołowa. Jak już się to wszystko ładnie połączy, dodaję świeże pomidory i chilli. Pozostawiam na małym ogniu, dopóki pomidory się nie rozgotują i wtedy dodaję główny składnik, np. kurczaka, ryż, ciecierzycę, czerwoną fasolę, mięso mielone, itd. Jak mam świeżą kolendrę, posypuję przed podaniem. Często jadamy do tego zwykły jogurt naturalny, czasami z dodatkiem świeżej kolendry, albo świeżych liści mięty. Całość serwuje się z chlebem roti, z którego oddzieramy kawałki, maczamy w jedzeniu i nabieramy nimi jedzenie, jak wspomniałam w moim pierwszym poście. Uwielbiam to jedzenie i bardzo przyzwyczaiłam się też do ostrzejszych potraw i nawet czasami mi się wydaje, że niektóre rzeczy są jeszcze za mało doprawione. Pamiętam, jak jakieś 8 lat temu poszłam po raz pierwszy do indyjskiej restauracji i nawet najłagodniejsze curry było dla mnie za ostre!  Czasami chodzimy też na miasto, mamy swoją ulubioną restaurację, Cheema and Chattha i mimo, że odwiedziliśmy też inne, zawsze tam wracamy i chyba postanowiliśmy chodzić w zasadzie tylko tam. 

Chai

Z tych dziewięciu lat, które spędziłam poza Polską, większość czasu mieszkałam w Wielkiej Brytanii, gdzie jak każdy wie, herbata jest jednym z najbardziej rozpoznawanych elementów kulturowych i podaje się ją z mlekiem. Nigdy osobiście nie przejęłam tego zwyczaju, choć naprawdę sądziłam, że brytyjskie cuppa to najbardziej wyszukany sposób serwowania herbaty i dzięki temu Brytyjczycy zasłużyli sobie na miano “miłośników herbaty”. Muszę jednak powiedzieć, że w Pakistanie spożycie (czarnej) herbaty jest nie tylko tak samo ważne w kulturze i społeczeństwie jak w Wielkiej Brytanii, i też pije się ją z mlekiem, ale Pakistańczycy wynieśli przygotowanie herbaty na zupełnie inny poziom, od którego Brytyjczycy zdecydowanie odstają! Poniżej znajduje się przepis na herbatę, która nazywa się tutaj chai i który udostępniam za zgodą B. Jego herbata jest rewelacyjna i też zdecydowanie wolę ją od tej, którą nam podają, jak gdzieś idziemy. Wprawdzie nasze ulubione miejsce też serwuje w miarę porządną herbatę, ale i tak jego jest lepsza: 

– Zagotuj jedną szklankę wody.

– Dodaj jeden miażdżony kardamon (można też trochę cynamonu w lasce) i łyżeczkę czarnej herbaty (albo więcej, jak kto woli).

– Mieszaj, dopóki kolor nie zmieni się na ciemnobrązowy.

– Dodaj pół szklanki zagotowanego mleka i dalej mieszaj. 

Herbata jest gotowa, kiedy można poczuć wyraźny zapach kardamonu i cynamonu – około 5 minut po dodaniu mleka.

Z reguły pijemy taką herbatę po kolacji i czasami, ale tylko czasami, bo oboje nie przepadamy za słodkościami, w towarzystwie tradycyjnego deseru: marchwiowego – gajar ka halwa, z ciecierzycy – dal halwa lub z dyni – paithay ka halwa. Desery te przygotowuje się poprzez gotowanie ciecierzycy, startej marchwi lub kawałków dyni z mlekiem, cukrem i innym produktem mlecznym –  khoya. Do dania tego dodaje się także migdały i orzeszki pistacjowe, które wcześniej przyrządza się na klarowanym maśle ghee. Smak jest nieziemski, szczególnie właśnie z herbatą. 

Ciekawe, że od lat nie piłam mleka – z własnego wyboru, bo myślałam, że mi nie służyło, a teraz, zarówno w herbacie jak i w tym deserach jest sporo mleka i…nic mi nie jest. Inna sprawa to to, że nasze jedzenie tutaj jest mało przetworzone, świeże i ekologiczne, ale nikt go tutaj tak nie nazywa, bo czyż nie każde jedzenie powinno takie być??

Islamabad

Kilka słów o samym Islamabadzie, stolicy Pakistanu, gdzie mieszkamy i który bardzo lubię, o czym świadczą zdjęcia i filmiki, które regularnie zamieszczam na stronie bloga na Facebooku. Moje doświadczenia dotyczącej życia w innej stolicy zwanej Londynem były przerażające, o czym pisałam na swoim pierwszym blogu My London Blues. Dlatego trochę się bałam ponownego zamieszkania w stolicy, ale okazało się, że niepotrzebnie. Islamabad ma niewiele ponad 2 milionów mieszkańców, ale jest chyba jedną z najmniej zatłoczonych i rozgorączkowanym stolic na świecie i z tego powodu znakomicie wpisuje się w moje nowe, powolne życie. Naprawdę, tłumów porządnych tu nie ma, tempo życia jest spokojne, nie ma problemu, żeby gdzieś dojechać, bo nie tkwi człowiek w korkach. Nie pamiętam sytuacji, w której porządnie się zestresowałam liczbą ludzi, lub samochodów. Mówię tylko o samym Islamabadzie, bo już pobliskie miasto Rawalpindi to zupełnie inna historia!  Poza tym, w Islamabadzie jest wiele parków, lasów i dużo otwartych przestrzeni. Miasto to jest z tego powodu bardzo zielone, albo raczej byłoby, gdyby w końcu spadł deszcz, bo nie padało o trzech miesięcy! W północnej części Islamabadu znajduje się  Park Narodowy Margalla Hills, tak więc w ciągu dwudziestu minut po wyjściu z domu jesteśmy już w górach lub w lesie. Kiedy poszliśmy ostatnim razem, było już późno i bardzo cicho, niewielu ludzi. Nagle usłyszeliśmy jakieś poruszenie w drzewach, więc spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy dwie małpy gapiące się na nas! Fajnie to wyglądało, bo choć już wcześniej spotkałam małpy, np. w około śmietników, nigdy nie widziałam ich w parach i w ich własnym otoczeniu lasu. My gapiliśmy się na nie, a one na nas. Na terenie Parku Narodowego znajduje się też cudowne Jezioro Rawal, którego zdjęcia o zachodzie słońca umieściłam ostatnio na Facebooku . W Islamabadzie jest bardzo dużo takich właśnie niesamowitych miejsc, które odwiedzamy w weekendy. Naprawdę, to taka idealna stolica: ma wszystkie wygody dużego miasta, a niewiele tych niefajnych rzeczy, przez bardzo ciekawie i wygodnie się tu żyje.  

Epilog

Kiedy mieszkałam w San Sebastian, pracował ze mną nauczyciel, który nieustannie mnie poniżał z tego powodu, że jako Polka uczyłam angielskiego. Nie obchodziło go to, że byłam, jestem i będę znacznie lepszym nauczycielem od niego, co potwierdzały wszystkie obserwacje w klasie, a także osobą znaczniej lepiej wykształconą, ambitną i pracowitą. Często mówiąc do mnie imitował polski akcent i twierdził, że w Polsce mieszka się w chatkach ze strzechą i jedyne na co nas stać, to jedzenie ziemniaków. Było to zaledwie dwa lata temu i to w sercu cywilizowanej Europy! Mimo, że jestem dość pewną siebie osobą, a szczególnie w kontekście swoich umiejętności zawodowych, i tak czułam się tym poniżona. Niedawno na Facebooku zamieściłam kilka zdjęć z weekendu i na jednym z nich widać, jak strzelam ze zwykłej wiatrówki, jakiej kiedyś używaliśmy do odstraszania szpaków z drzewa czereśni, z tym, że tym razem strzelałam do balonów, których nie było widać, ale napisałam o tym w poście. Oczywiście jeden z komentarzy pod tym zdjęciami z weekendu brzmiał “Szkolenie?”, sugerując oczywiście, że skoro mieszkam w Pakistanie, to na pewno szkolę się, albo się mnie szkoli na terrorystkę. Jak jeszcze byłam w Anglii, przed wyjazdem do Pakistanu spotkałam Brytyjczyka, który twierdził, cytuję jego słowa, że “Każdy meczet to gang pedofilów”, a “każdy muzułmanin to terrorysta”. Zapytałam go jak, jako nie-muzułmanin udało mu się odwiedzić te wszystkie meczety, no bo z pewnością widział wszystkie te dewiacje na własne oczy, skoro jest tak dobrze poinformowany i ilu zna muzułmanów, którzy są terrorystami. Odpowiedział: “Nie znam żadnych i moim celem jest niezbliżanie się do nich”. Ręce opadają!!

Jak najbardziej jestem za tym, żeby głośno wyrażać swoje opinie, nawet wtedy, albo właśnie szczególnie wtedy, kiedy są one niepopularne. Jednak bezmyślne powtarzanie tego, co się zasłyszy w mediach, które chyba stawiają sobie wręcz za cel przedstawianie wypaczonej wersji rzeczywistości, nie można raczej nazwać własną opinią. Oczytanie w temacie, porównywanie opinii i faktów, kwestionowanie istniejącego porządku rzeczy, poszukiwanie odpowiedzi, wychodzenie poza własną sferę komfortu, spotykanie się z ludźmi innego pochodzenie, jeśli to możliwe, podróżowanie – moim zdaniem tylko wtedy, kiedy naprawdę włożymy wysiłek w zrozumienie rzeczywistości i zaczniemy samych siebie edukować, zamiast pójść na łatwiznę i powtarzać zasłyszane sądy, dopiero wtedy można zacząć wydawać swoją opinię. Święta Bożego Narodzenia to myślę najlepsza okazja do tego, żeby wprowadzić w życie tzw. Złotą Zasadę, tak obecną i istotną zarówno w Chrześcijaństwie, jak i Islamie, mianowicie “Nie rób tego drugiemu, co Tobie niemiłe” i zaprzestać wydawania krzywdzących, nieprecyzyjnych, a nawet bezpodstawnych wyroków, na temat innych krajów i narodów. Chciałabym, żeby moja osoba, która wiedzie spokojne, szczęśliwe życie, której niczego nie brakuje i która jest bezpieczna w kraju, o którym się mówi najgorsze rzeczy,  była przykładem na to, że może warto na chwilę zdjąć klapki z oczu, żeby się przekonać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują…

Wesołych Świąt! ❤ 

One comment

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s