Jak to się wszystko zaczęło (2) 🇵🇱

Lekcje Urdu rozpoczęłam w czerwcu z entuzjazmem i zapałem. Praca pracą, studia studiami, ale nauka Urdu to było coś całkowicie i jedynie mojego, coś, co nie musiało koniecznie zaowocować jakimi wspaniałymi wynikami, czego z reguły zawsze od siebie surowo wymagam i co jest ceną, jaką płacę za ambicję i stawianie sobie wysokiej poprzeczki we wszystkim, co robię. Co więcej, Urdu pozwoliło mi się na chwilę oderwać, a nawet odpocząć, od bardzo wymagającego zadania, jakim było połączenie pracy i studiów. Bardzo mnie interesował i fascynował ten nowy język, ale szybko okazało się, że pobierałam nie tylko lekcje Urdu, ale także, a może przede wszystkim, miałam szansę dowiedzieć się czegoś o społeczeństwie Pakistanu. Dzięki wrodzonej ciekawości nie wahałam się pytać B. o te wszystkie pozajęzykowe sprawy, np. o wezwania na modlitwę, które słyszałam podczas naszych lekcji; dowiadywałam się o rzeczach takich, jak te słynne wyłączanie prądu, jak sobie ludzie radzą z niesamowitym upałem, który w miesiącach letnich nawiedza Pakistan, o Ramadanie i Id , i wielu innych rzeczach. B. jest bardzo oczytany i pięknie się wysławia; poza tym, uwielbia opowiadać i tłumaczyć. Pozwól, że ci coś powiem, mawiał, a ja zamieniałam się w słuch. Rozmawialiśmy sporo na temat Islamu, który mnie już zafascynował dwa miesiące wcześniej jak zaczęłam pracować na Uniwersytecie w Liverpoolu i po raz pierwszy w życiu zetknęłam się z muzułmanami. Pamiętam moje zdumienie, kiedy okazało się, że Chrześcijaństwo i Islam mają więcej wspólnego niż nie, ale też uczyłam się wielu nowych rzeczy na temat tej nowej dla mnie religii. Po Ramadanie udałam się nawet wraz z moim tureckim uczniem/kolegą na festiwal Id w Manchesterze. Kupiłam tam tradycyjne branzoletki od jednej pani z Pakistanu. Poprosiła mnie ona nawet o pozowanie do zdjęcia, które chciała wrzucić na Twitter i Instagram.

img_4390

Bardzo wiele uczyłam się o społeczeństwie pakistańskim i obraz, który zaczął mi się wyłaniać z niekończących się rozmów z B., wymiany zdjęć i nagrań w niczym nie przypominał tego, jak sobie wyobrażałam Pakistan, który to dej pory znałam tylko oczywiście z mediów. Okazywało się powoli, że to, jak przeciętni ludzi się zachowują i myślą, na ogół nie odbiega zbytnio od tego, w jaki sposób funkcjonuje się na Zachodzie. Praca od 9 do 5, spotkania z przyjaciółmi, czasami weekendowe wypady gdzieś poza miasto, brak sympatii do polityków, zakupy, itd. Co więcej, okazało się, ża mamy z B. więcej wspólnego niż by się mogło wydawać, albo niż powinniśmy: katoliczka versus muzułmanin, inne pochodzenie, wychowanie, religie, inne kontynenty.  Jednak wbrew tym różnicom, szybko zdaliśmy sobie z tego sprawę, że jesteśmy bardzo do siebie podobni, tak naprawdę wręcz tacy sami: te same rzeczy nas śmieszą, martwią, mamy podobną opinię na większość tematów, zachowujemy się podobnie, kończymy swoje zdania, mamy takie same cele w życiu, niczym bratnie dusze. Kto by pomyślał??

Był to dla mnie kluczowy czas na podejmowanie decyzji, bo musiałam się zacząć zastanawiać, co chciałabym robić po tym, jak we wrześniu wygaśnie mój kontrakt na Uniwersytecie. Już wcześniej planowałam wyjechać do Ameryki Południowej, nawet już zaczynałam szukać tam pracy, ale kiedy B. zasugerował, żebym pojechałam do Pakistanu, już wiedząc co nieco o tym kraju i o B., nie wahałam się ani sekundy. Decyzja ta była ogromnym krokiem w moim rozwoju osobistym,  bo zdecydowałam się na przekroczenie barier i ograniczeń, które nałożyło i nakładało na mnie wychowanie, media i Zachodni sposób życia, a także ja sama. Co gorsze, zdałam sobie sprawę, że ja te bariery i ograniczenia w pełni akceptowałam i uważałam za słuszne – zawsze na przykład myślałam, że ja tej naszej ‘bezpiecznej’ i nowoczesnej Europy nie odważę się nigdy opuścić. Po podjęciu decyzji o wyjeździ,  nie bałam się, że wahałam, nie miałam wątpliwości. Gdyby przydarzyło mi się to wcześniej, nie byłabym gotowa i od razu bym ten pomysł odrzuciła, stłumiła w zarodku. Ale czułam, że jestem we właściwym miejscu o właściwej porze i że to co robię, też jest właściwe.

Mieliśmy niewiele ponad półtora miesiąca na to, żeby wszystko zaplanować. Najbardziej stresującym etapem było chyba aplikowanie o wizę – do końca nie było jasne jakie dokumenty są potrzebne, nie mogłam się dowiedzieć jaką mam grupę krwi (w Anglii to jest koszmar), oczekiwanie na wizę, którą w końcu dostałam. Później organizowanie setki mniejszych i większych rzeczy, które trzeba ogarnąć, jak się opuszcza dom/mieszkanie/kraj, wizyty kontrolne u lekarzy, szczepionki… Do tego praca na ponad cały etat i cały weekend co tydzień w bibliotece. B. z kolei przygotowywał wszystko tutaj: poszukał mieszkania, mebli, kupił mi ubrania, i podtrzymywał na duchu, jak już nie miałam siły na pisanie pracy mgr, albo wątpiłam w siebie.

Myślę, że to cud, że 16 września leciałam do Islamabadu z poczuciem wspaniale spełnionego obowiązku, albo raczej obowiązków. Zrobiliśmy wszystko tak, jak chcieliśmy. Dzięki naszej pracy i przekonaniu, że warto – udało nam się. 

pia-plane

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s