Jak to się wszystko zaczęło (1) 🇵🇱

W jeden niedzielny, słoneczny poranek, jakoś pod koniec maja lub na początku czerwca tego roku, już dokładnie nie pamiętam, jak zwykle pojechałam do biblioteki na Uniwersytecie w Liverpoolu, gdzie wtedy pracowałam, żeby kontynuować pisanie wstępnej wersji pracy magisterskiej, którą miałam złożyć we wrześniu, i której wyniki będą ogłoszone już za niewiele ponad dwa tygodnie (trochę się tym stresuję!) Zanim jednak tego dnia zabrałam się do pracy i w desperackiej próbie odwleczenia momentu rozpoczęcia (do czasu, kiedy ogarnia cię panika i nagle zdajesz sobie sprawę, że już nie da się bardziej niczego odłożyć – sytuacja znana też pod nazwą prokrastynacji ) spędziłam trochę czasu na drobnych przyjemnościach, takich jak na przykład słuchanie audycji w radiu BBC 4, z racji tego, że są dowcipne, dają sporo do myślenia i poszerzają horyzonty.

Bardzo dobrze i wyraźnie pamiętam ten niedzielny poranek – siedziałam przy biurku, przy wielkim oknie, z którego rozlegał się widok na porośnięty soczystą trawą placyk, gdzie w ciągu tygodnia studenci spędzają przerwy, odpoczywają, albo się uczą; pamiętam błękitne niebo;piłam kawę i słuchałam radia – no, może to trochę przesada – radio sobie grało, szczerze mówiąc specjalnie się wtedy nie wsłuchiwałam. Pomyślałam sobie wtedy, że to poranek prawie idealny. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że moje życie miało właśnie stanąć na głowie…

Mimo, że nie za bardzo zwracałam uwagę na to, co się działo w radiu, usłyszałam, że zaczyna się nowy program, niedzielny Klub Książki. Bardzo lubię jak mi czytają w radiu. Zamykam wtedy oczy i przenoszę się w miejsca, o których nigdy nawet nie marzyłam. Tym razem była to jednak dyskusja o książce i też początek trochę mi umykał, dopóki nie usłyszałam nazwy “Lahaur, w Pakistanie” (minuta 01:25 tegoż programu). Od razu nazwa ta przykuła moją uwagę, bo w zeszłym roku miałam kolegę z pracy, który był z Lahaur  i jako, że nie znam zbyt wielu osób z tamtego regionu, bardzo mnie to miasto zainteresowało i poczytałam sobie wtedy  trochę o nim. Wracając do tematu, tytuł książki, o której dyskutowano to The-Reluctant-Fundamentalist/Uznany za fundamentalistę,  a cały program był bardzo zabawny i rozrywkowy, ale przede wszystkim – intrygujący, bo zaproszeni goście cały czas rozmawiali o nierozstrzygniętym zakończeniu i debatowali, co się tak naprawdę stało. Tak mnie to zainteresowało, że tuż po zakończeniu audycji sprawdziłam w katalogu, czy mamy w bibliotece tę książkę. Okazało się, że tak, więc zeszłam piętro niżej, żeby ją znaleźć, kolejne piętro niżej – żeby wypożyczyć, wróciłam na swoje drugie piętro, i mimo obietnicy danej samej sobie, że zacznę czytać jak tylko trochę popracuję nad pracą mgr, nie byłam w stanie jej odłożyć – jest to ten rodzaj książki, którą się czyta jednym tchem i od której nie można się oderwać. Koniec końców, przeczytałam ją tego samego dnia.

book

Zaczęłam szperać i okazało się, że na jej podstawie nakręcono też film pod tym samym tytułem. Obejrzałam go i od razu się zakochałam w …muzyce. Była to miłość od pierwszego wejrzenia i słyszenia. Ponad pięciominutową czołówkę otwiera jeden z najpiękniejszych i najbardziej niezwykle wykonanych utwór, które słyszałam w życiu. Poza tym,  piosenka na zakończenie sekwencji ślubu, albo ta pod koniec filmu  z pewnością należą do grona najbardziej poruszającej muzyki, której osobiście doświadczyłam. Otworzył się przede mną zupełnie nowy świat. Zanim około dziesięciu dni później leciałam do Polski, po raz pierwszy od ponad trzech lat, dokładnie już znałam ścieżkę dźwiękową i tylko tego słuchałam w czasie całego lotu i lądowania.

ifcent_sf30239

Moje wakacje w Polsce były świetną okazją to tego, żeby zagłębić się w tej nowej pasji. Zaledwie w ciągu 1-2 dni przeszukiwania internetu odkryłam Coke Studio (Pakistan),  program muzyczny, który gości nagrane w studio występy różnych artystów i łączy tradycyjną muzykę Pakistanu z tą współczesną. W obecnej dobie ‘plastikowego’ popu i nagości w teledyskach, muzyka ta była dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Już po kilku dniach czułam się uzależniona. Muszę przyznać, że wszystko to wydawało mi się dość surrealistyczne: polska nauczycielka angielskiego mieszkająca w Liverpoolu, w trakcie pisania pracy na temat kina latynoskiego, spędziłam całe dwa tygodnie pokonując około 25-50 km dziennie na rowerze przez upalną, letnią, polską wieś, od domu jednej siostry do drugie, i słuchałam, a nawet próbowałam głośno śpiewać takie pakistańskie utwory jak na przykład Tajdar-e-Haram,  Kadi Aao Ni,  Man Aamadeh Am,  Rangeela, czy Yaar Vekho, które nawet do tej pory przywodzą mi na myśl te cudowne wakacje.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym poprzestała na tym. Te teledyski, o których właśnie wspomniałam, mają napisy, i to w trzech, lub nawet czterech wersjach językowych: język lub języki oryginalne (najczęściej urdu), to samo w ‘naszym’ rzymskim alfabecie, a także po angielsku. Zafascynował mnie urdu – brzmiał bardzo interesująco, egzotycznie, w niczym nie przypominał języków, których się uczyłam, a było ich 7-8 (co oczywiście nie oznacza, że się wszystkimi umiem posługiwać!). Prawdą jest, że im więcej języków się zna, tym łatwiej nauczyć się nowych, postanowiłam więc rozpracować i urdu– nauczyć się według jakich wzorców działa, itd. Niestety, nie udawało mi się to! Godzinami siedziałam na tymi piosenkami, studiowałam ich tłumaczenia i nic! W końcu, jeszcze przed powrotem do Liverpoolu powzięłam decyzję o tym, że się zacznę go po prostu oficjalnie uczyć. Czas był ku temu nienajlepszy – właśnie zaczynałam pracę na bardzo intensywnym kursie, w nowej roli, miałam też do napisania pracę mgr. Ale impuls ten był tak silny, że nie mogłam go zignorować, tak więc po powrocie do domu założyłam sobie konto studenta na stronie, na której też mam konto nauczyciela, mianowicie Tutor Hunt i jeszcze tego samego dnia otrzymałam bardzo konkretnego maila od nauczyciela, który zaoferował mi naukę urdu przez internet.  Tym nauczycielem był B.

keep-calm

Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia o tym, że dokładnie cztery miesiące później będziemy jeździć ulicami pięknego Islamabadu, słuchając, i śpiewając na głos (albo raczej B. bo ma piękny głos) tych samych (i wielu innych) piosenek, od których wszystko się zaczęło…

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s